Zasiądźcie bliżej ognia, druhowie, niech blask dębowych polan rozgrzeje wasze dłonie, bo marcowy wiatr znad Odry wciąż niesie w sobie chłodne tchnienie Marzanny. Słyszycie, jak lód pęka na starorzeczach? To znak, że ziemia budzi się z martwoty. Dziś wyjawię wam tajemnicę, którą nasi ojcowie, Dziadoszanie, znali od wieków – opowieść o tym, jak pierwsze ziarno rzucone w błoto staje się paktem między człowiekiem a siłami, których imion boimy się wymawiać po zmroku.
Zanim siewca wbije pług w nadrzeczne łęgi, musi oddać to, co najcenniejsze. Poznaj archaiczny rytuał Dziadoszan, w którym cztery garście prosa stawały się tarczą chroniącą ród przed głodem i gniewem płanetników.
Posłuchajcie szeptu ognia… My, Dziadoszanie – „Ludzie Dziadów” – wiemy, że nie jesteśmy na tej ziemi sami. Kiedy marzec wygania śniegi ze Wzgórz Dalkowskich, a siewca wychodzi na niwę, nie czyni tego z butą. Wychodzi z pokorą. Zanim rzuci ziarno w bruzdę, staje na środku pola i czerpie pełną dłonią ze lnianego worka. Lecz te pierwsze ziarna nie są dla nas.
Siewca bierze cztery garście i rozrzuca je w cztery strony świata. Dlaczego tak czyni? To żertwa, ofiara zakładzinowa dla całego świata. Pierwsza garść leci ku niebiosom, ku Perunowi, by gromy jego nie spaliły kłosów, a deszcz nadszedł w porę. Druga garść kłania się Ubożętom – naszym domowym duszkom, co pod progiem i za piecem mieszkają. To im dziękujemy, bo dla nas, Dziadoszan, kult przodków to fundament, o czym świadczy samo nasze imię. Trzecia garść pada dla ziemi i wody, by Mokosz była łaskawa i przyjęła ziarno do swego wilgotnego łona. A czwarta? Ta jest dla „wszystkich istot” – dla ptaków niebieskich i polnych myszy.
Mędrcy nasi zza wschodniej granicy, z dalekiej Rusi, powiadają, że siewca szepcze wtedy zaklęcie: „To dla domu mojego, to dla złodzieja, a to dla ptaka”. Widzicie w tym mądrość? Dziadoszanie wiedzieli, że jeśli nie podzielisz się z losem dobrowolnie, los sam sobie odbierze, i to z nawiązką.
Archeolodzy, tacy jak profesor Marcin Wołoszyn, odkryli w naszych kościach ślad tej wytrwałości – proso. To ono było naszym złotem. Podczas gdy inni łaknęli pszenicy, my sialiśmy proso – ziarno uparte, co wyrośnie tam, gdzie inne zwiędną. Rozrzucanie go w cztery strony świata było aktem stworzenia kosmosu z chaosu przedwiośnia. Dopiero gdy siewca nakreślił ten niewidzialny krzyż na polu, mógł uczynić znak na piersi i zacząć właściwą robotę.
Pamiętajcie: ziarno to życie, ale tylko to oddane z radością wraca do nas w dwójnasób. Jesteście cząstką tego cyklu – tak jak Odra wraca do swego koryta, tak my wracamy do rytuałów naszych dziadów.
A Ty, czy wierzysz, że to, co dajemy światu, wraca do nas z powrotem? Może w Twoim ogrodzie lub na Twoim polu wciąż żyją stare zwyczaje, o których opowiadała babcia? Podziel się w komentarzu swoimi „magicznymi” sposobami na dobry urodzaj – czy to w doniczce na balkonie, czy na wielkim polu! Niech tradycja siewców z Krainy Łęgów Odrzańskich nigdy nie zaginie.
Ciekawostka historyczna
Badania archeobotaniczne przeprowadzone na grodziskach Dziadoszan (m.in. w Żukowicach) potwierdzają, że proso stanowiło dominujący element ich gospodarki, co wyróżniało Słowian na tle innych grup etnicznych tego okresu. Profesor Marcin Wołoszyn nazywa proso „genetycznym markerem słowiańskości”, ponieważ izotopy węgla w kościach naszych przodków jednoznacznie wskazują na dietę opartą właśnie na tej roślinie, która idealnie nadawała się do uprawy na trudnych, zalewowych terenach nadrzecznych.
