Jako, że wczoraj w Ścinawie były obchodzone Dożynki Gminne jestem zobowiązany przybliżyć wam jak nasi przodkowie świętowali czas zakończenia zbiorów. Więc zbliżcie się, bo opowiem wam o najgłośniejszym i najradośniejszym dniu w roku naszych przodków.
Sierpień dobiega końca, a pola nad Odrą, jeszcze niedawno ciężkie od złota, teraz milczą, ostrzyżone i puste. Żmudna praca, która rozpoczęła się cichym, nabożnym rytuałem Zażynek, dobiegła kresu. Teraz nadszedł czas na wielki, radosny wydech. Czas na taniec, śpiew i ucztę. Czas na Dożynki, Święto Plonów, w którym człowiek dziękował bogom i matce ziemi za dary, które pozwolą mu przetrwać kolejną zimę.
Wyobraźcie sobie wyspę Rugię, setki lat temu. Po zakończeniu żniw cały lud zbiera się przed potężną, drewnianą świątynią boga Świętowita. W powietrzu unosi się zapach ofiarnego dymu, pieczonego mięsa i miodu pitnego. To tu, dzięki kronikarzowi Saxo Grammaticusowi, możemy podejrzeć, jak wyglądało to prastare święto.
Z tłumu wychodzi kapłan, mąż o długich włosach i brodzie, jedyny, który ma prawo wejść do środka świątyni. Lud wstrzymuje oddech. Kapłan podchodzi do wielkiego, drewnianego posągu boga i bierze z jego ręki róg obfitości, który rok wcześniej napełnił winem. Unosi go pod światło. Jeśli przez rok wiele płynu zniknęło, to zły znak – wróżba nieurodzaju i głodu. Lecz jeśli róg jest niemal pełny, przez tłum przetacza się okrzyk ulgi. To obietnica pomyślności. Kapłan wylewa stare wino u stóp posągu, napełnia róg na nowo i wznosi toast do boga, prosząc o bogactwo i szczęście dla całej krainy.
Jednak to nie koniec wróżb. Zgromadzeni przynoszą ofiarny kołacz – olbrzymie, miodowe ciasto, wysokie jak dorosły człowiek. Kapłan staje za nim i zadaje ludowi rytualne pytanie: „Widzicie mnie?”. Tłum, widząc go doskonale, odkrzykuje: „Widzimy!”. Wtedy kapłan wypowiada potężne życzenie: „Obyście za rok mnie nie widzieli!”. To modlitwa o to, by przyszłoroczne plony były tak obfite, a kołacz tak wielki, że całkowicie zasłoni postać kapłana.
Dopiero po tych świętych obrzędach zaczyna się prawdziwa uczta. Cały lud rzuca się na ofiarne mięso i dary, jedząc i pijąc do syta. Saxo pisze, że w tym dniu upicie się było czynem miłym bogu, a pozostanie trzeźwym – grzechem. To nie była zwykła rozpusta. To był rytualny akt radości, wejście w stan ekstatycznej wdzięczności, zrzucenie z siebie całorocznego trudu i strachu o przyszłość.
Dziś nasze Dożynki to festyny i msze. Niby podobnie – jest dziękczynienie i jest zabawa. Ale czy w powietrzu wciąż unosi się ta sama, prastara magia? Czy potrafimy jeszcze poczuć tę samą ekstatyczną radość z faktu, że ziemia po raz kolejny nas wykarmiła?
Ciekawostka Historyczna
Podczas gdy na Połabiu centralną postacią Święta Plonów był potężny, wojenny Świętowit, na ziemiach polskich główną adresatką dziękczynienia za plony była najprawdopodobniej Mokosz. To Wielka Matka, bogini ziemi, wilgoci, płodności, opiekunka kobiet i ich pracy, patronka przędzenia i tkania losu. Składanie jej ofiar po żniwach było naturalnym gestem wdzięczności wobec tej, która dosłownie „urodziła” plony. Był to więc kult bardziej pierwotny, związany bezpośrednio z ziemią-karmicielką.
Refleksja Stoicka
„Wdzięczność jest nie tylko największą z cnót, ale także matką wszystkich innych.” – Cyceron
Dożynki w swej istocie są wielkim, publicznym aktem wdzięczności. Nasi przodkowie, których życie było nieskończenie trudniejsze i bardziej niepewne niż nasze, rozumieli fundamentalną potrzebę zatrzymania się i bycia wdzięcznym. Wdzięcznym za plon, który nie był gwarantowany. Wdzięcznym za siłę do pracy, za pomyślną pogodę, za wsparcie wspólnoty. Stoik powiedziałby, że taka postawa jest kluczem do szczęśliwego życia. Człowiek, który potrafi być wdzięczny, nie skupia się na tym, czego mu brakuje, ale docenia to, co ma. Rytuał Dożynek uczy nas, że wdzięczność nie jest cichą, prywatną myślą. Bywa, że musi być głośnym, radosnym okrzykiem, wspólną ucztą i tańcem, który wzmacnia zarówno jednostkę, jak i całą społeczność, dając jej siłę na przetrwanie nadchodzącej, ciemnej połowy roku.
