Witajcie, gdy słońce już zaszło nad Ścinawą, a jesienny wieczór zaprasza do odpoczynku i opowieści przy ogniu. Myślimy o Walhalli jako o miejscu wiecznej walki. Jednak co działo się po bitwie? Gdy topory odłożono, a rany magicznie się goiły? Posłuchajcie opowieści o największej z uczt i o najdziwniejszym z browarów. O kozie, której mlekiem był najprzedniejszy miód pitny.
Po każdym dniu chwalebnej bitwy, gdy polegli wojownicy Odyna, Einherjarowie, powstawali cali i zdrowi, wracali do złotej sali Walhalli. Tam, przy długich stołach, czekała na nich uczta. Mięso magicznego dzika Sæhrímnira, który co wieczór był zjadany i co rano odradzał się na nowo. Ale czymże jest uczta bez napoju, który rozwiązuje języki i napełnia serca śpiewem?
Skąd wziąć trunek dla tysięcy spragnionych, bohaterskich gardeł, dzień po dniu, przez całą wieczność? Odpowiedź nie leżała w piwnicach Walhalli, lecz na jej dachu. Stała tam Heiðrún, koza. Nie była to jednak zwykła koza. Zamiast trawy, skubała ona życiodajne liście wielkiego jesionu Yggdrasil, Drzewa Świata, którego gałęzie osłaniały siedzibę bogów. I z tego kosmicznego pokarmu tworzyła kosmiczny napój.
Z jej wymion nie płynęło zwykłe mleko. Płynęła czysta, złota, niekończąca się rzeka najprzedniejszego miodu pitnego. Strumień ten każdego dnia napełniał po brzegi olbrzymią kadź, tak wielką, że starczało dla wszystkich wojowników Odyna. To był nektar, który zmywał z dusz kurz bitewny i gasił pragnienie zrodzone z chwały.
Ten piękny mit pokazuje nam, co dla wikinga było naprawdę ważne. Zwykłe, gospodarskie zwierzę, koza, w ich wizji raju stawała się boskim źródłem obfitości. To dowód na to, jak głęboko w ich świecie sacrum przeplatało się z profanum – siła natury i rolnicza płodność podtrzymywały ich nie tylko w życiu, ale i po śmierci. Bo Walhalla nie była tylko miejscem wiecznej walki. Była miejscem wiecznej przyjaźni, śmiechu i biesiady. Rajem, gdzie największą nagrodą za odwagę była nie tylko sława, ale i niekończący się róg pełen doskonałego trunku.
Więc gdy następnym razem wzniesiecie kufel, wspomnijcie Heiðrún – kosmiczną kozę-browar, która sprawia, że w Walhalli nigdy nie zabraknie dobrego miodu. Skál!
Ciekawostka Historyczna
Miód pitny (mjöðr) był w społeczeństwie wikingów czymś znacznie więcej niż tylko napojem alkoholowym. W epoce, gdy cukier był nieznany, miód stanowił cenne źródło słodyczy, a co za tym idzie – miód pitny był napojem luksusowym i o wysokim statusie. O ile piwo z jęczmienia było trunkiem codziennym, o tyle miód pitny gościł na stołach jarlów, podczas wielkich uczt i ważnych obrzędów religijnych, tzw. blótów. W poezji skaldów miód jest często nazywany „napojem poezji”, a jego picie miało przynosić mądrość i natchnienie. Fakt, że w Walhalli bohaterowie mieli zapewniony nieskończony zapas właśnie miodu pitnego, a nie piwa, podkreśla jego najwyższą rangę w kulturze nordyckiej. Był to napój godny bogów i największych herosów.
Słowo Mądrości z Hávamál
Wizja Walhalli jako miejsca biesiady i wspólnoty ma swoje korzenie w głęboko ludzkiej potrzebie gościnności i bezpieczeństwa, którą pięknie opisuje Pieśń Najwyższego:
Ognia potrzeba temu, co wszedł
I na kolanach jest zmarznięty;
Jadła i odzienia trzeba mężowi,
Co wędrował przez góry.
Ta prosta prawda o podstawowych potrzebach wędrowca – ciepła, jedzenia i odzienia (a w domyśle i napoju) – w micie o Walhalli zostaje podniesiona do rangi wiecznej, boskiej obietnicy. To nagroda za najdłuższą i najtrudniejszą z podróży – podróż przez życie i śmierć.
