Witajcie ostatnio opisywałem Wam wszystkie dziewięć światów w mitologi nordyckiej oraz Thora i Freie. W ten ostatni sierpniowy wieczór, gdy słońce schowało się już za horyzontem, a życie tętni wokół, opowiem wam o królestwie, w którym nie ma słońca. Wszyscy znamy sagę o Walhalli, o chwale wojownika. Ale co z resztą? Co z rolnikiem, rzemieślnikiem, matką, starcem? Ich droga po śmierci wiodła w inne miejsce. Do milczącej, spowitej mgłą krainy. Posłuchajcie opowieści o Hel, jej władczyni o dwóch twarzach, i o tym, że dla wikingów śmierć nie zawsze była pieśnią chwały, lecz często – cichym westchnieniem.
Droga do Walhalli wiodła ku niebu, po tęczowym moście, w towarzystwie Walkirii. Ale była inna droga. Droga w dół. Wiodła przez zimne, ciemne doliny, aż do spowitego wieczną mgłą królestwa Helheim. To tam trafiała zdecydowana większość dusz – tych, którzy umarli „na słomie”, w swoim łóżku, a nie „na stali”, w bitwie.
Na tronie tej krainy zasiadała jej królowa, Hel, córka podstępnego Lokiego. Nie była ognistym demonem. Była cichą, majestatyczną i przerażającą władczynią. Jej wygląd ucieleśniał ostateczną prawdę o istnieniu. Połowa jej ciała była ciałem pięknej, żywej kobiety o promiennej cerze. Druga połowa była sina i rozkładająca się, jak u trupa wyciągniętego z grobu. W jej postaci życie i śmierć spoglądały na ciebie jednocześnie. Była granicą. Ostatecznym balansem.
Jej królestwo nie było miejscem tortur. Było krainą ciszy i cienia. Jej sala, Éljúðnir, miała ściany splecione z żywych węży. Jej talerz nosił imię „Głód”, jej nóż – „Nędza”, a jej łoże – „Boleść”. Nie były to narzędzia kary, lecz ponure personifikacje przyczyn, dla których dusze trafiały pod jej opiekę.
Hel nie była zła. Była konieczna. W kosmicznym porządku Nordów ktoś musiał panować nad umarłymi, by zachować równowagę między światami. Oferowała im schronienie, wieczny, choć pozbawiony radości spoczynek. Czczono ją nie z miłości, lecz z szacunku i strachu. Strachu nie przed potępieniem, lecz przed cichym, pozbawionym chwały końcem. Była dla wikingów nieustannym przypomnieniem, że życie jest kruche, a śmierć ma wiele twarzy – i tylko jedna z nich prowadzi na ucztę w Walhalli.
Ciekawostka Historyczna
Sama nazwa „Hel” jest bezpośrednim językowym przodkiem angielskiego słowa „Hell” i niemieckiego „Hölle”. Jednak ich znaczenia fundamentalnie się różnią. Przedchrześcijański, nordycki Helheim był neutralnym, mrocznym miejscem spoczynku dla większości zmarłych, a nie ognistym piekłem dla grzeszników. Dopiero chrześcijańscy misjonarze, nawracając ludy germańskie, prawdopodobnie przejęli znaną im nazwę pogańskich zaświatów („Hel”) i nałożyli na nią własną, teologiczną koncepcję miejsca wiecznej kary. To fascynujący przykład, jak proces chrystianizacji potrafił całkowicie zmienić znaczenie starożytnych słów i wierzeń, przekształcając ponurą, lecz sprawiedliwą królową w demona, a miejsce spoczynku – w miejsce tortur.
Refleksja Stoicka
Marek Aureliusz pisał: „Myśl o śmierci niech ci towarzyszy co dzień, a nigdy o niczym niskim nie pomyślisz”. Postać Hel była dla wikingów właśnie takim codziennym przypomnieniem. Uosabiała prawdę, od której nie było ucieczki: większość ludzi nie umrze z mieczem w dłoni. Umrą w łóżku, z choroby, ze starości. Jej królestwo nie było karą, lecz faktem. I w tym tkwi stoicka lekcja. Akceptacja tego faktu nie prowadzi do rozpaczy, lecz do pokory i do docenienia życia, które się ma. Świadomość, że cicha i zimna Hel czeka na końcu drogi, mogła być najpotężniejszą motywacją, by żyć odważnie i w pełni, póki słońce jeszcze świeci.
